Teraz będzie nie politycznie. W sumie to będzie raczej filmowo. Ale bez afer taśmowych.
Dziś miałem przyjemność [albo i nie] oglądać Kill Bill-a część pierwszą. W sumie nic ciekawego. Dawna członkini zespołu płatnych zabójców, o pseudnonimie “Czarna Mamba” postanawia zacząć normalne życie. Jej plany krzyżuje jednak szef dawnego zespołu – Bill. Zabija wszystkich jej bliskich, w tym męża. Pannie Młodej cudem udaje uniknąć się śmierci, jednak pogrąża się w śpiączce. Potem, po ugryzieniu przez komara budzi się ze śpiączki, rozkłada na łopatki dwóch przypadkowych kolesi. Następnie sama sobie przeprowadza rehabilitację w trzynascie godzin. a potem już są same drobnostki. Zabiija jedną babkę, potem drugą. W międzyczasie załatwia sobie miecz w Japoni. No i to by było na tyle fabuły. Ja odebrałem ten film jako jakąś parodię mortala kombatanta. Jakaś fajna laska w dresie [szkoda że zdjęła ten żółciutki skórzany kombinezonik] chce rozwalić jakąś inną laskę. Na drodze staje jej jakieś tam stado mniej lub bardziej szczęśliwych samurajów [lol]. Babka wszystkich kroi, ucina rączki, nóżki i inne kończyny. Leją się przy tym hektolitry krwi. Jest na co popatrzeć, ale w tym filmie najfajniejsza jest muzyka. Fajne rytmiczne utworki. No i jest troszkę o honorze i pokrewnych uczuciach. Jak ktoś ma takie chore poczucie humoru jak ja to polecam.